Spoczął na laurach. I przytył.

Tak jest. Nie żartuję.

No dobra, może trochę przesadzam. A przynajmniej w swoim przypadku. Ja zacząłem tyć jeszcze w poprzedniej pracy. Ale coś w tym jest, że jak już się pracę znajdzie, w dodatku taką, którą się lubi i myśli się o niej raczej dobrze, to łatwo tak sobie usiąść i nie wstawać. Pracować na 100%. I to jest jak najbardziej w porządku – dawajmy z siebie 100% w pracy. Ale w pracy. Nie po niej, nie przed nią. Poza pracą jest życie. Ja swoją przygodę z programowaniem za pieniądze zacząłem, bo chciałem to życie mieć.

Ciężko tak sobie wstać z fotela, jak się zasiedzisz nad czymś, co jest ekscytujące. Problem polega tylko na tym, że trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć stop, zanim zrobi to nasz organizm. Powiedziałem sobie, że jak znajdę pracę, w której nie będę o różnych porach, w różne dni tygodnia, to będę w stanie usystematyzować pewne rzeczy. Oj, uwierzcie mi na słowo – cholernie to trudne! Jak się nie miało określonych ram czasowych w tygodniu na pracę, to można było trwonić czas na różne aktywności do woli. Teraz, kiedy pracuję 8-16 muszę strasznie pilnować tego, żeby robić coś cyklicznie. I tak, z racji tego, że sobie obiecałem, postanowiłem zgubić zbędne kilogramy, które powstały w wyniku zajadania się żelkami (serio, czasami 2 paczki dziennie) i zapijania ich piwkiem i słodzonymi napojami. Spojrzałem w lustro i stwierdziłem „no nie, tak to nie wyglądałem jeszcze 1.5 roku temu”. 

Z pomocą przyszła tutaj nowa praca. Mam możliwość systematycznego chodzenia na siłownię i całe szczęście, że w tym samym momencie dwóch nowych kolegów z pracy też chciało zacząć. I tak sobie śmigamy kilka razy w tygodniu, zaraz po pracy. Nie powiem, że po miesiącu chodzenia na siłownię nagle schudłem 10kg, przeszedłem na cudowną dietę i teraz mogę dumnie chodzić po plaży ze świetnie zbudowaną klatą. Nic takiego nie ma miejsca, chociaż o diecie myślę intensywnie. Ważniejsze jest to, że faktycznie się ruszam, a moje kości i zmniejszająca się warstwa tłuszczu mi za to podziękują. 

Jak wygodnego bym nie miał fotela w pracy, wiem, że bez ćwiczeń i tak w końcu mój organizm powie, że ma tego dość. A jak to mówią – „W zdrowym ciele, zdrowy duch”. I wiecie co? To prawda. Miesiąc chodzenia na siłownię może nie dał mi jeszcze takich efektów jakich bym chciał, ale na pewno samopoczucie mi się poprawia z treningu na trening. Ciało pracuje – umysł odpoczywa. Zupełnie odwrotnie niż w pracy. 

Polecam każdemu, kto lubi wygodnie się rozsiąść w fotelu i pracować nad swoim super projektem, po czym wraca do domu i dalej robi podobne rzeczy, aby zorientować się w okolicznych miejscach, gdzie można uprawiać sport. Nie sądziłem, że to kiedyś powiem, bo określenie „sportowiec” raczej jest na końcu listy określeń mojej osoby, ale warto w to zainwestować. Jak już się zorientujecie gdzie można, to warto też zapytać pracodawcy, czy może macie w firmie kartę sportową – super opcja dla kogoś, kto chce ćwiczyć, a jednocześnie nie chce wydać na to fortuny. I najważniejsze – nie masz motywacji, nie potrafisz się samemu zabrać za siebie? Zaproś do tego kolegów czy koleżanki z pracy. Może im też brakuje tego kopa od kogoś, kto też zaczyna. Naprawdę – nie ma nic lepszego jak wsparcie kolegów, którzy też dążą do podobnego celu.

Osobiście polecam systematycznie siłownię, ale i inne formy aktywności – w moim przypadku dobrze się sprawdza park trampolin – godzina wycisku, ale frajda, jakbym znowu miał 5 lat 🙂 Każdy ma coś dla siebie, a jeśli nie ma – można to łatwo znaleźć, szczególnie kiedy pracuje się w większym mieście. Wystarczy próbować nowych rzeczy i nie bać się, że na siłowni będą Was wytykać palcami – nie będą. Pierwszy raz na siłce pokazał mi, że Ci ludzie przychodzą tam dla siebie, a nie po to, żeby patrzeć krzywym wzrokiem na innych. Jak to mawia mój kolega – „Próba nie karabin, nikogo nie zabije” , więc próbujcie! 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *